poniedziałek, 25 lutego 2013

Dane mówią, że jest źle? „Stłucz Pan termometr, a nie będziesz Pan miał gorączki"

„Stłucz Pan termometr, a nie będziesz Pan miał gorączki" – oto obowiązująca we wrocławskim urzędzie miasta filozofia. W mieście, w którym szef MPK na pytanie, kiedy jego tramwaje i autobusy przestaną być najwolniejsze w Polsce odpowiada: „dlaczego miałyby jeździć szybciej?” ten prosty cytat opisuje dokładnie wszystko. Mógłbym się śmiać z tego, że żartobliwy cytat Wałęsy ludzie Dutkiewicza wprowadzają w życie, gdyby to nie było takie smutne.



W normalnym mieście gdyby władzom ktoś udowodnił – wydaliście prawie miliard na tramwaje, a one są najwolniejsze w Polsce – władze by się przynajmniej przejęły. Przeanalizowały swoje plany. Albo chociaż obiecały, że będzie lepiej. A w światowej stolicy dynamizmu, czyli we Wrocławiu Władysław Smyk, Brudny Harry z Ikarusa (przy okazji prezes MPK), oświadcza, że to nie problem. To wina danych. „Prawda jest taka, że wyższą średnią Poznań zawdzięcza temu, iż ma jedną linię, gdzie tramwaj jedzie prawie 80 km na godzinę. Operowanie średnią prędkością nie oddaje całej prawdy o komunikacji, bo są odcinki, gdzie pojazdy w naszym mieście jadą szybko, na przykład na Legnickiej, i miejsca, gdzie poruszają się bardzo wolno, na przykład na Kazimierza Wlk. Robiąc tego typu porównania, błądzimy. Nie jest przecież tak, że we Wrocławiu jeździ się dwa razy wolniej niż w innych podobnej wielkości miastach” – rzecze dzielny sternik wrocławskiego MPK.

To ja na to - sprawdzam.
1. Szukałem linii, w Poznaniu, gdzie tramwaj jedzie 80 (choć w miastach jest ograniczenie do 50 km/h). Nie ma takiej LINII. Na TRASIE PST (nie linii, prezes MPK nie odróżnia trasy od linii!) średnia handlowa to 30!
2. Poznań to nie jedyne miasto, od którego jesteśmy gorsi. Gorsi jesteśmy też od Gdańska, Krakowa, Łodzi i Warszawy. Także aglomeracji górnośląskiej.
3. Tłumaczy nam Pan prezes, że „są odcinki, gdzie pojazdy w naszym mieście jadą szybko […] i miejsca, gdzie poruszają się bardzo wolno”. Prawda. Wtedy wyciąga się średnią właśnie. I wie się jak ś r e d n i o to wygląda w porównywanych miastach. Dla ułatwienia dodam, że w innych polskich miastach też tramwaje jeżdżą przez centra miast.
4. Wracając do słynnej poznańskiej Pestki, która jest taką solą w oku pana prezesa. To samo chcą zrobić nasi urzędnicy na Legnickiej. Tam tramwaje przyspieszy ITS do prędkości wręcz kosmicznych (może nawet te 80 km/h). Tyle, że już na Powstańców Śląskich przyspieszane nie będzie wcale. Więc Poznań choć jest „be” – to go jednak skopiujemy.
5. Z danych nie wynika, że jeździ się u nas dwa razy wolniej niż w innych miastach – jest to do 5-10 proc. Ale to już nie brzmi w wywiadzie tak ładnie, prawda?

Po co przyspieszać tramwaje? Po pierwsze dlatego, że pasażer płaci za to, żeby szybko dostać się na miejsce. Po drugie dlatego, że na to przyspieszenie wydaliśmy 750 mln zł. Bo to jest sensowne i racjonalne. Tego jednak prezes Smyk nie powiedział.

Cóż więc tak naprawdę mówi nam pan prezes w swoim wywiadzie? Że jeśli są dane, które ukazują, że nie mamy racji - tym gorzej dla tych danych. Nie ma przecież możliwości, żeby średnia prędkość pokazywała z jaką średnią prędkością jeździ się po mieście. My we Wrocławiu nie możemy być najgorsi. To jest po prostu niemożliwe.
Innymi słowy prezes Smyk powiedział nam to, co wyłożył jego pryncypał rozmawiając z Piotrkiem o ESK: „stłucz Pan termometr, a nie będziesz Pan miał gorączki”. Wprawdzie miałem wrażenie, że Rafał Dutkiewicz żartuje przywołując cytat Wałęsy, ale w przypadku Smyka nie jest to śmieszne.

środa, 13 lutego 2013

Zanim powalczymy o miliardy rozliczmy tych, co zmarnowali poprzednie

Na tramwaje w ostatnich paru latach wydaliśmy 750 milionów złotych, a wciąż są najwolniejsze w Polsce. Na budowę dróg grubo ponad 5 miliardów złotych – a korki mamy największe w kraju. Kiedy znając te dwa fakty czytam: „wrocławskiej komunikacji miejskiej nie naprawimy bez solidnego zastrzyku funduszy unijnych” zastanawiam się gdzie się obudziłem? W realiach, w których logika zamyka się w myśleniu: skoro ktoś zmarnował miliardy – dajmy mu następne, a tym razem się uda? A może zamiast batalii o miliardy rozliczylibyśmy najpierw tych, którzy nie potrafią dobrze wydać poprzednich?



Strasznie trudno prowadzić mi polemikę z Mikołajem Chrzanem, bo po pierwsze, nie miałem przyjemności go poznać, po drugie nie on tu jest źródłem problemów, a po trzecie – widać, że chce dobrze. Jednak swoim tekstem przyczynia się do sankcjonowania braku planowania, braku nadzoru i braku logiki w zarządzaniu wrocławską komunikacją.

Po kolei jednak:
1. W ciągu ostatnich lat Wrocław wydał miliardy złotych na komunikację. Sam urząd w zeszłym roku twierdził, że dwa – jest to co najmniej dwukrotnie przesadzona kwota, co już udowadniałem, ale nie o to chodzi. Chodzi o efekty. A tych nie ma. Tramwaje mamy najwolniejsze w Polsce pomimo wydatków.

2. Sama obwodnica autostradowa kosztowała ponad 4 miliardy złotych. Z punktu widzenia miejskich urzędników to było jak dar niebios – ktoś tę kasę znalazł, drogę wybudował i z hasłem: „macie – wykorzystajcie to” urzędnikom zostawił. Efekt? Trzy lata temu najbardziej zakorkowanym miastem w Polsce była Warszawa. Teraz jest Wrocław.

3. Magistrat, o o czym pisałem i ja i Magda Nogaj (zachęcam do zapoznania się z polemiką z nią Pawła Czumy link tutaj) i wielu innych – nawet te pomysły, które mogłyby być dobre – są u nas ograniczane do minimum. Przykład: ITS, który decyzją urzędników – i nikogo innego – będzie przyspieszał jedynie 6 linii tramwajowych (trzy z Plusami oraz 6,7 i 11). Zamiast komentarza mojego zacytuję eksperta chętnie przywoływanego przez magistrat – jak mu to pasuje - doktora Maciej Kruszyna z Politechniki Wrocławskiej o tym dlaczego TPlus nie działa a ITS tego nie zmieni: „Projekt Tramwaju Plus dotyczy przecież jedynie trzech linii, a pasażerowie jeżdżą wszystkimi. Do tego ITS wciąż przyspiesza tramwaje tylko na jednym odcinku. W skali całego miasta ten projekt niewiele zmieni. Przyspieszyć trzeba wszystkie linie.”

4. W codziennym życiu dla pasażera ma mniejsze znaczenie czy jedzie jelczem, ikarusem czy mercedesem (o ile jest on sprawny – o czym później). Ważne jest żeby przyjechał na czas i szybko dotarł na miejsce. Supernowoczesny autobus marki LeXUS Turbo Super z wanną z hydromasażem dla każdego pasażera we Wrocławiu nie przeniesie komunikacji w XXI wiek. Bo stałby w korkach tak samo jak stary jelcz. Zaś przykład Zurycha, po którym praktycznie wszystkie jeżdżące tramwaje są stare (choć mają nowoczesne autobusy i trolejbusy) – ale robią to szybko i sprawnie – pokazuje, że kupienie nowych autobusów, tramwajów itd. nie pomoże. Zwłaszcza, że problem mamy ze stanem technicznym istniejących (i trudno się dziwić jeśli MPK zwalnia mechaników).

5. W ciągu ostatnich dwóch lat zaczęło wychodzić na wierzch to, co boli najbardziej – fakt, że inwestycje i remonty robione przez magistrat nie wytrzymają tyle co niemieckie. Ba – nie wytrzymają nawet tyle co Gierkowskie. Na Podwalu już drugi raz zamiast wymienić tory na nowe tylko się je wyklepuje. Kłopoty z kostką na Grunwaldzkim i na Strzegomskiej każą się zastanawiać czy nie powinno być jakiegoś zakazu dla wrocławskich władz miasta by nie mogły używać materiału, który je przerasta. Aleja Piastów – robiona za Unijne pieniądze – sypie się po 5 latach od zakończenia remontu, a praktycznie nikt nią nie jeździ.

Ufff. Dość tej wyliczanki. Zróbmy krok dalej. Proponuje mi Mikołaj Chrzan wspólną walkę o unijne środki na komunikację. I zgoda – ale najpierw pytanie – jak to pogodzić z faktem rezygnacji z unijnych dotacji na budowę torowiska na Jagodno oraz Starogroblowej, Długiej i Popowickiej? To pierwsze może nie jest tak pilnie potrzebne, ale ta druga trasa – jedyna możliwa alternatywa dla Legnickiej – jest potrzeba od zaraz.

Na koniec mój własny przykład z podróży autobusami po Wrocławiu. Godzina 21, próba powrotu do domu z kina w centrum miasta. Zanim UM dostał unijne pieniądze na poprawę komunikacji szedłem sobie na autobus, który wiózł mnie do domu. Teraz – aby usprawnić moje życie i je poprawić za unijne pieniądze – mam tramwaj, którym pokonuję 2/3 drogi i „węzełek” przesiadkowy. Na który docieram bez kłopotów, staję przed tablicą elektroniczną pokazującą że z trzech linii, która mogłaby mnie zabrać do domu pierwsza będzie za 23 minuty, druga za 25 a trzecia za 29. I tak stojąc pod tą tablicą na lekkim mrozie, w padającym śniegu (idealne warunki do przesiadek) obok wiaty – bo pod nią wcisnąć się nie da – pomyślałem sobie, czy rzeczywiście chciałbym, aby ci sami ludzie nadal poprawiali moją – i moich sąsiadów z Gądowa oraz znajomych z Bartoszowic, Sępolna, Tarnogaju, Nowego Dworu czy Psiego Pola – komunikację.

piątek, 8 lutego 2013

Jak prezydent chciał ukryć, że jego ludzie nic nie wiedzą

Nie wiem, nie znam się, nie orientuję się... zarobiony jestem. Tak w skrócie można opisać zeznania dyrektora departamentu prezydenta, Marcina Garcarza, w procesie Janicki kontra Dutkiewicz. Procesie, który pierwszego dnia pokazał, że w magistracie panuje kompletny bałagan, nikt nie wie kto za co odpowiada, a decyzje podejmuje wąskie grono: prezydent i jego doradcy medialni. Zaś wnioskiem o utajnienie procesu Rafał Dutkiewicz naraża się jedynie na kpiny.



Z przesłuchania Garcarza najbardziej uderzyło mnie, że w magistracie dyrektor departamentu nie ma bladego pojęcia czym zajmuje się podległy mu wydział (w tym przypadku nadzoru właścicielskiego). Nie przypominam sobie właściwie żadnego szczegółu, który by pamiętał dotyczącego tego, kto zdecydował o zmianie umowy z SMG, kto o wyborze takiej czy innej imprezy na stadionie. Nic. Nie wiem, nie znam się... a jak zwalniali Janickiego to miałem zapalenie płuc.

Co pamiętał dyrektor departamentu prezydenta? Spotkanie, na którym Dutkiewicz groził Janickiemu, że go wyleje jak Dynamicom nie przeleje spółce Wro2012 pieniędzy za imprezy na stadionie. Obecni byli (poza tą dwójką): Paweł Czuma i Marcin Garcarz. Wniosek, że grupa trzymająca władzę w UM składa się z obecnego i byłego rzecznika prasowego wydaje się nie być przesadzony.
Zwłaszcza jak się do tego doda, że Marcin Garcarz był konsultowany jakie imprezy robić na stadionie (Prezydent spytał mnie czy wrocławianom się to spodoba).

I jeszcze jeden kluczowy szczegół. Dla urzędników nie ma znaczenia, kto w papierach za co odpowiada. O tym decyduje bliżej nie określona „kultura korporacyjna”, którą Marcin Garcarz zna świetnie, ale już doradca ds. mediów Wojciech Król nie zna. Może więc dotyka ona jedynie ludzi na wyższych szczeblach?

Na koniec ulubiony smaczek – wniosek o utajnienie przebiegu procesu m.in. dlatego, że media poprzez przekaz mogłyby zaszkodzić wizerunkowi Rafała Dutkiewicza. Po pierwszym dniu wiem czego się prezydent bał. Miał rację – już wiemy jaki ma chaos w urzędzie.

czwartek, 31 stycznia 2013

Co dobrego mogłoby wyjść ze wstrzymania nam środków unijnych

„Wydajemy pieniądze unijne, często je wyrzucając w błoto, żeby tylko wydać. Mamy naprawdę poważny problem z całością środków i ich dystrybucją – ze 100 mld zł, a nie z drobną kwotą 3 mld.” Trudno się nie zgodzić z Mariusz Zielke i trudno to ująć lepiej. Czy wstrzymanie nam pieniędzy unijnych cokolwiek zmieni? Nie sądzę: wymagałoby to ciężkiej pracy przede wszystkim od nas, a na to Polacy raczej się nie zgodzą.

Dlaczego, skoro blog dedykuję Wrocławiowi, poświęcam wpis środkom unijnym? Bo Wrocławia dotyczy ten sam problem, o którym Mariusz Zielkee, były dziennikarz śledczy "Pulsu Biznesu", a obecnie pisarz, autor powieści sensacyjnej "Wyrok" (polecam) wspomniał w rozmowie z portalem wgospodarce.pl mówiąc o środkach unijnych: „Mamy problem z tym, żeby te pieniądze poszły wreszcie na rozwój kraju, a nie na przejedzenie albo przekręty. Żeby to zmienić, trzeba szybko przebudować system, uprościć go i sprawić, żeby służył celom, a nie żeby służył tylko wydaniu jak największych środków. Ale o tym nikt nie chce rozmawiać.”

Ilu z nas wie jak wygląda dopłata z Brukseli do czegokolwiek? Nie pytam już o programy, ale np. na co można dostać kasę? Czy wpływa ona na konto samorządu przed rozpoczęciem budowy mostu, w trakcie, czy po? Na co zdobyć pieniądze łatwiej – na poszerzenie ulicy czy budowę wzdłuż niej torów tramwajowych? Czy to się zmieni w przyszłym budżecie unijnym?
Jeśli, drogi czytelniku, odpowiedziałeś na choć połowę tych pytań – to cieszę się, że tu zaglądasz. Jeśli nie to dla dobra nas wszystkich posiądź proszę tę wiedzę. Bo bez niej nie uda nam się rozliczać polityków (od miejskich i osiedlowych radnych do ministrów i premiera) z tego, na co wydajemy dane nam za darmo pieniądze.

Dla tych, którzy zamotali się zbytnio w spory o związki (co tak załamało od rana Szymona) małe przypomnienie. W środę rano media obiegła informacja, że Komisja Europejska wstrzymała wypłatę 3,5 mld złotych w w związku ze zmową cenową przy kontraktach na budowę dwóch odcinków trasy S8 i jednego odcinka autostrady A4. Zaś parę godzin później dowiedzieliśmy się, że Bruksela gotowa jest zablokować kolejne 4 mld euro na budowę dróg w Polsce. – Stanie się tak, jeśli Polska nie dostosuje się do naszych zaleceń, nie usprawni procedur dotyczących zamówień publicznych, a mimo to przyśle faktury z prośbą o dofinansowanie z unijnego budżetu – powiedziała Polskiemu Radiu rzeczniczka Komisji Shirin Wheeler.



Bardzo bym chciał przy tej okazji wziąć udział w dyskusji o tym, że głupotę robimy rozliczając polityków tylko z tego ile wydają pieniędzy z Unii. Że nie patrzymy na efekty. Chciałbym uderzenia pięścią w stół i prawdziwego oburzenia na władze Wrocławia, które same zrezygnowały z dotacji na budowę torowisk na Długiej i Popiwickiej oraz na Jagodno. Choć są one potrzebne i były pieniądze na budowę.
Szkoda tylko, że nie wierzę, że tego doczekam.

wtorek, 29 stycznia 2013

Mogę więcej zapłacić za bilet – jeśli pojadę szybciej niż teraz

Nie chcę darmowej komunikacji miejskiej. Chcę ją szybką, sprawną i przyjazną pasażerowi. Za taką byłbym nawet w stanie zapłacić więcej, chociaż – czego nasi urzędnicy nie zrozumieją już chyba za swojego życia – ona przynosiłaby większe wpływy do budżetu niż kolejne podwyżki.

Jednego dnia dwa teksty o cenach za podróże autobusami się zdarzyły. Wojciech Adamski wyznał mi, że zapis w budżecie na 2013 rok „możliwa jest podwyżka cen biletów za autobusy i tramwaje” należy interpretować: jak wpływy z biletów będą za małe – to podniesiemy ceny biletów. Natomiast Przemek Filar nawołuje do darmowej komunikacji w miastach, skoro kierowcy mają darmowe drogi. Żaden z nich nie ma racji.



O tym, że podwyższanie cen biletów na autobusy i tramwaje to ślepa uliczka już pisałem i nie będę powtarzał wszystkich argumentów. Wystarczy ten kluczowy: gdyby dało się szybciej i wygodniej dojechać do pracy, zrobić zakupy i wrócić do domu – to nikt by autem nie jechał, albo jeździłaby garstka. W wozach zostaliby Ci, co muszą rozwieźć dzieci do przedszkoli i żłobków po różnych końcach miasta i przedstawiciele handlowi.

Natomiast gdyby komunikacja zbiorowa była darmowa jeździliby nią biedniejsi. Bogatsi wybraliby wygodę samochodu – nawet jeśli kosztowałoby to więcej. Nawet jeśli czasem tkwiliby w korkach. Bo korki są uciążliwe, ale gdy nie powtarzają się codziennie można się do nich przyzwyczaić. Są jak wkalkulowana w koszty u restauratora z Chicago lat 20. renta za „ochronę”, którą płacił każdemu, kto tego zażądał, byleby nie urządzano strzelaniny w jego lokalu. Nic to miłego, ale w sumie jest wygodniejsze.

Tak samo jest z podróżami autobusami i tramwajami. W świecie, w którym czas to pieniądz, darmowa komunikacja nie jest wystarczającym wabikiem dla kogoś kto wychodzi z jednej pracy i jedzie do domu najszybciej jak się da bo ma fuchę do zrobienia, a chciałby skończyć przed Ligą Mistrzów. Więcej nawet – gdybym dostał lepszy produkt, szybsze podróże, nawet w przeciętnym standardzie, to bym był w stanie za nie zapłacić więcej niż teraz. I założę się, że nie byłbym jedynym. Zaś przy utrzymaniu obecnych cen, a poprawie tego jednego parametru znaleźliby się tacy, którzy przesiedliby się do tramwajów i autobusów. I Wojciech Adamski z Rafałem Dutkiewiczem by się ucieszyli.
Tyle, że aby to zrozumieć, trzeba podróżować po mieście nie tylko autem z kierowcą.

piątek, 11 stycznia 2013

Langsam, langsam to motto naszych remontów

Świetna informacja. Nasi dzielni urzędnicy doprowadzili sprawę do końca – na rondzie Reagana znów działają elektroniczne tablice. I zabrało im to tylko pół roku! W porównaniu do zapadniętej kostki na Strzegomskiej to „tylko” pół roku – tam naprawiają od roku i dalej im się nie udało. Z drugiej strony zwrotnicę dla superszybkiego Tramwaju Plus naprawili w dwa miesiące, więc da się szybciej. Ba – da się nawet w 72 godziny. Trzeba tylko chcieć.

Mnie byłoby wstyd. Zaś gdybym był politykiem, kopałbym odpowiedzialnych za to w tyłek co dwa dni. Najnowocześniejszy węzeł przesiadkowy Wrocławia – rondo Reagana. Codziennie przewijają się przez niego tysiące pasażerów. Było nie było – wyborców. Niby normalne, że wszystko powinno działać, prawda? A jak się zepsuje – to trzeba wszystko szybko naprawić.

Tylko nie u nas. We wrześniu pisałem, że elektroniczne tablice na na nie działają, bo zalała je woda. A zalała je ponad miesiąc wcześniej. Czekałem ile czasu zabierze naprawa, ale prawie pół roku się nie spodziewałem. Na szczęście dziś już wiem - naprawili.



Potem jednak zacząłem się zastanawiać, czemu ja się dziwię? W tym samym wrześniu przecież pisałem, że zwrotnica na trasie Tramwaju Plus na skrzyżowaniu Legnickiej, Millenijnej, Lotniczej i Na Ostatnim Groszu, została naprawiona po ponad dwóch miesiącach. Choć standard jest u nas taki, że zepsute automatyczne zwrotnice powinny być naprawiane w ciągu 72 godzin. Ale jak widać, teoria różni się zasadniczo od praktyki.

Niby drobiazg, ale superszybki Tramwaj Plus, nie mógł przez to wejść w warp – zamiast płynnie pokonywać trasę, musiał zatrzymywać się przed krzyżówką, by motorniczy ręcznie przestawił tory. Wszystko przez to, że urzędnicy nie mogli dogadać się, kto ma zapłacić za naprawę.



Nade wszystko podoba mi się przykład ze Strzegomskiej. Miał być tramwaj, ale ja wiadomo, urzędnicy tramwajów nie lubią, więc zrobili buspas. Cudownie miało być, ślicznie miały mknąc już teraz autobusy. Nie mkną. Malo tego – spartolili podbudowę i kostka na przystankach się zapada. W marcu obiecywali: „zaraz tu już nakażemy wykonawcy, poprawi i będzie pan zadowolony”. I co? Jajco.



Co jest z tymi remontami we Wrocławiu? Ktoś to wie, dlaczego u nas się po prostu nie lubi naprawiać? Czy to przekracza ludzkie umiejętności? – naprawić jak się coś zepsuje? A może chodzi o coś innego? Może nie kole to w oczy tych, których właśnie powinno oblewać to rumieńcem wstydu? Może jednak jest tak, że we Wrocławiu naprawy robi się bardzo wolno i byle jak, dlatego że żaden wyborca nie zwraca na to uwagi. Może bylejakość w naszym mieście wystarcza?

piątek, 4 stycznia 2013

Widziałem profesjonalną opozycję we Wrocławiu

Na naszych oczach ta opozycja w mieście, na którą Wrocław tak czeka, pokazała swoje profesjonalne oblicze. Tyle, że nikt nie zauważył, bo było to przed Sylwestrem. A najśmieszniejszy jest fakt, że podczas debaty budżetowej Platforma Obywatelska zaatakowała zawzięcie także pomysł swojego własnego posła – organizacji turnieju World Games.

To było tydzień temu i nie przebiło się do dyskusji publicznej. A stało się coś, w co już zacząłem wątpić – PO zaatakowała Dutkiewicza konkretami, a nie powtarzaniem po raz kolejny, że obwodnicę autostradową zbudował rząd, albo pokazując „wizje” miasta negatywnie zweryfikowane w poprzednich wyborach.

Tym razem było inaczej. Radni Platformy przeczytali budżet i złapali prezydenta na różnicy między tym co mówi, a tym co jest w dokumencie – aż ten się obraził i sobie poszedł. Doszło tylko do tego, że padło sakramentalne: „budżet będziemy zmieniać i obiecuję...” i nie pamiętam co było dalej. Nie pamiętam, bo odkąd obiecał remonty stu kamienic rocznie, a zrobił sto w cztery lata – nie wierzę w to „obiecuję”.

Trzymając się PO. Z mikrofonów popłynęło to, co Platforma chciałaby, żeby powstało: obwodnica Leśnicy, nowy budynek V LO, tramwaj na Muchobór i obwodnica Psiego Pola (nie pytajcie mnie – nie jestem pewien o co chodziło).

Mało tego – usłyszałem, że nie powinno być: Sylwestra w Rynku, Agencji Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej, koszykówki Koelnera i World Games 2017. Nie dopytywałem czy poseł Michał Jaros (PO) wie, że PO już jest przeciwna jego pomysłowi. Bo nie o to tu chodzi. Chodzi o to, że jedyna opozycja wyczekiwana w tym mieście już się budzi.

By uwierzyć w realność alternatywy chciałbym, żeby PO zachowywała się wcześniej jak PiS, czyli proponując własne pomysły – jak choćby dziennik czy dzienniczek dostępny przez internet. Bo do tej pory to właśnie PiS merytorycznie biło PO (jako opozycja) w mieście na głowę. Tyle, że PiS – tak jak cała lewica – nie wygra we Wrocławiu za życia tego pokolenia i tyle.

Teraz Platforma się obudziła tak, jak powinna – mówiąc o konkretach. Proponując coś za coś. Czy pierwszy i ostatni raz? Mam nadzieję, że nie. Dobra opozycja jest potrzebna. Nawet taka, do której mam więcej zastrzeżeń merytorycznych niż do władzy.